Mindfulness, czyli moja przygoda z uważnością

Ci, którzy mnie znają, wiedzą doskonale, że od lat jestem nieustającą entuzjastką i propagatorką uważności (czyli w oryginale mindfulness). Najprostszy sposób, by w moich oczach rozbłysły iskierki, a w głosie rozbrzmiała ekscytacja, to zacząć ze mną dyskusję właśnie na ten temat. Cóż tak wyjątkowego odkryłam w uważności, że zdobyła ona zaszczytne miejsce w moim życiu i sercu?

Przede wszystkim, pokazała mi, jak żyć swoim prawdziwym życiem, lepiej rozumieć siebie i innych, zauważyć, wysłuchać i polubić pojawiające się we mnie myśli i emocje, a także docenić wyjątkowość tego, co mam, co mnie otacza, z kim żyję i kogo spotykam na swojej drodze. Co więcej, dzięki uważności zaczęłam znacznie lepiej radzić sobie z trudami dnia codziennego. Zamiast się z nimi mocować, nie zgadzać na to, na co i tak nie mam wpływu, zagłuszać emocje, które są dla mnie niewygodne i zadręczać się historiami, które tworzą się w mojej głowie – często podpowiadając najgorsze scenariusze i niszcząc moją samoocenę, zaczęłam przyjmować je z większą akceptacją, sprawdzając, jakie, być może ważne, informacje dla mnie niosą i co tak naprawdę, w konkretnej sytuacji, mogę lub nie mogę zrobić.

Uważność pomogła mi się zatrzymać w niewiarygodnym biegu, jaki zaserwowałam sobie, pracując kilkanaście lat w szeroko pojętym biznesie i pnąc się po szczeblach kariery zawodowej. Wtedy wydawało mi się, że taka kariera to spełnienie marzeń! Mieć stanowisko menedżerskie, spory zakres odpowiedzialności, czy też władzy służbowej i do tego nie najgorsze zarobki – czego chcieć więcej? A jednak czegoś mi brakowało… Nie potrafiłam cieszyć się zwyczajnym życiem, kontaktem z bliskimi, nie mówiąc o zatraceniu kontaktu z samą sobą. Moje ciało było dla mnie narzędziem do realizacji moich celów zawodowych: miało być zdrowe, silne, wypoczęte – pomimo niewielu godzin snu i ruchu,  a do tego pełne entuzjazmu, by zarażać nim podwładnych. Entuzjazm skończył się jako pierwszy, później zaczęło mi brakować sił, a na koniec coraz wyraźniej zaczęło się buntować zdrowie… Coś niepokojącego działo się też w moich relacjach. Z mężem wymieniałam się już tylko podstawowymi informacjami dotyczącymi bieżących spraw, z przyjaciółką kontaktowałam się raz na pół roku, nie mówiąc już absolutnie o jakichkolwiek kontaktach z innymi znajomymi, a gdy pojawiły się w moim życiu dzieci nie radziłam sobie z ich płaczem i krzykiem, które tylko zwiększały moje frustracje. Dotarło do mnie, że nie chcę, by moje życie tak wyglądało i że to straszne kłamstwo, że jest idealne. I choć dostrzegałam elementy tej smutnej układanki od dłuższego czasu, to jednak, gdy włożyłam ostatni klocek, pełen obraz uderzył mnie z taką siłą, że usiadłam w domu na podłodze i płakałam, płakałam, płakałam, nie wiedząc, co dalej robić. Cała moja akademicka wiedza i doświadczenie zawodowe w żaden sposób nie pomagały mi w osiągnięciu satysfakcjonującego życia, w którym byłabym szczęśliwa. Gdy wspominam tamten moment, sądzę, że czarę goryczy przelała świadomość, że choć z sukcesem zarządzam dwoma działami w firmie, to w domu nie potrafię uspokoić dwójki swoich malutkich dzieci, które płaczą bez względu na to, co robię. A przecież, w swoich wyobrażeniach, miałam być nie tylko „bussiness-woman”, ale także idealną mamą (nie będę już wymieniać innych narzucanych sobie super-ról).

Mój bliski znajomy, słysząc tę historię, którą wypłakałam mu do słuchawki telefonu, wziął głęboki oddech i bez sekundy zawahania powiedział, że bezwzględnie powinnam się zainteresować czymś takim, jak mindfulness, bo według niego, tego mi najbardziej potrzeba. O uważności, w tym czasie, niewiele mówiło się w Polsce. Udało mi się wyszukać w internecie dosłownie kilka artykułów po polsku i mnóstwo w języku angielskim. Jednak to, co przeczytałam, absolutnie nie korespondowało z tym, jak wyglądało moje życie, ale też określenia w stylu „bądź tu i teraz”, „akceptuj swoje emocje”, „dostrzegaj dźwięki, które cię otaczają” nie wzbudzały mojego zaufania. Uważałam siebie za racjonalną i mocno stąpającą po ziemi osobę, do której takie hasła absolutnie nie pasują. Gdyby nie moja sympatia i duży szacunek, jakim darzyłam osobę, która powiedziała mi o mindfulness, pewnie nigdy (albo przynajmniej jeszcze przez wiele lat) nie zainteresowałabym się uważnością. Uznałam wtedy, że właściwie niewiele mam do stracenia, więc, początkowo nieufnie, ale jednak rozpoczęłam swoją mindfulnessową podróż.

Jako ambitna i zdeterminowana uczennica, regularnie brałam udział w kolejnych spotkaniach i wykonywałam w domu zalecone w czasie kursu ćwiczenia. Szybko przekonałam się, że uważność nie jest żadną magiczną sztuczką, ideologią czy tym bardziej religią, co znacznie mnie uspokoiło i zachęciło do dalszej pracy. Już po kilku tygodniach w moim życiu zaczęły następować znaczące zmiany. Najważniejszą i najmocniej odczuwalną była zmiana w zachowaniu moich dzieci – które przecież nie brały udziału w kursie uważności (byłoby to dość problematyczne z uwagi na ich ówczesny wiek: 1 i 2,5 lat). Niemal z dnia na dzień częstotliwość i długość ich płaczu zaczęły się zmniejszać. Stały się spokojniejsze i nie reagowały już płaczem czy histerią, gdy coś szło nie po ich myśli. Zamiast tego, przybiegały do mnie, by się przytulić, wyżalić, porozmawiać (na tyle, na ile oczywiście pozwalały im umiejętności językowe). Zdałam sobie sprawę, że praktykując uważność stałam się dużo spokojniejsza i nie irytowałam się ich płaczem, jak to miało miejsce wcześniej, a to dawało im poczucie bezpieczeństwa.

Powoli przeorganizowałam swoje życie. Patrząc z perspektywy czasu, to właściwie wywróciłam je do góry nogami. Zostawiłam dotychczasową pracę, poszłam na studia psychologiczne, skończyłam kurs nauczycielski MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction) i MBB (Mind-Body Bridging), zaczęłam pracować „na swoim” (oczywiście zmiany te następowały krok po kroku). Gdyby ktoś mi powiedział 10-12 lat temu, że takie rewolucje nastąpią w moim życiu, to zapewne nie wzięłabym tego na poważnie. A jednak jestem dziś w całkiem innym miejscu. Jest mi tu znacznie lepiej, radośniej i uważniej.

Niemal każdego dnia widzę efekty, jakie uważniejsze życie daje mnie, osobom, z którymi pracuję i tym, których uczę, jak wprowadzać uważność do swojego życia. Nie zawsze są to aż tak wywrotowe zmiany jakie zaszły u mnie, jednak zwykle ogromnie wartościowe i dla danej osoby wyjątkowe.

Uważność nie jest dla mnie czarodziejską techniką, lecz sposobem życia, postrzegania i komunikowania się, który otwiera, ubogaca i pozwala się dalej rozwijać. Czuję się ogromnie zaszczycona, że mogę w tej podróży do uważniejszego życia towarzyszyć tak wielu z Was.

Agnieszka Pawłowska



Artykuł ukazał się oryginalnie na stronie: http://opsychologii.pl/mindfulness-czyli-moja-przygoda-z-uwaznoscia.html